Białoruś

91840021

Jako kryptofan hokeja, wybrałem się na Mistrzostwa Świata w tej jakże szlachetnej dyscyplinie sportu, które odbyły się w maju na Białorusi. Fakt, że z tego powodu niepotrzebne były wizy do tego kraju, nie miał żadnego znaczenia dla podjęcia decyzji o wyjeździe.

91840019

Białoruś mnie zaskoczyła. Nie dlatego, że było tam czysto, porządnie i spokojnie, czyli zgoła odmiennie niż na sąsiedniej Ukrainie, zwłaszcza obecnie (a która dla mnie stanowi uosobienie Wschodu, ale nie dalekiego, ani bliskiego, lecz takiego galicyjskiego, kłaniającego się kaszkietem), gdyż z tego zdawałem sobie doskonale sprawę.

91840016

Baćkoland zadziwił mnie swoją żubrowatością. Dla nieznających tego pojęcia, już wyjaśniam. Żubr to takie spore zwierze, raczej zblazowane i o niewyrafinowanych potrzebach. Główną jego rozrywką jest żucie trawy i okazjonalne mruczenie. I takie dokładnie wrażenie sprawiali Białorusini. Raczej rośli, mało rozmowni, niesamowicie spokojni. Raz jechaliśmy taksówką okoły godziny i w tym czasie kierowca nie odezwał się ani słowem, a przecież szoferzy taksówek to jedni z bardziej rozmownych ludzi na świecie.

91840028

Nie chcę powiedzieć, że jest to nudny kraj, ale takie sprawiał wrażenie. Przynajmniej w porównaniu do Mongolii rozbrzęczanej klaksonami, pekińskich hutongów tętniących życiem czy nawet pijanej Rosji lub marszrutkowej Ukrainy. Na Białorusi marszrutek było mało, i jakieś takie nietrąbiące. Ludzie raczej mrukliwi, w pociągach niegaworzący i oburzający się na zbyt ożywione rozmowy. Pijanych brak, choć to może dobrze, za to jeden wariat się trafił, który opanował niespotykaną sztukę transmutacji w Niemca. A przynajmniej tak twierdził.

91840034

Możliwe, że autochtoni postanowili po prostu przystosować się do otaczającego pejzażu, który feerii wrażeń nie zapewnia. Za oknem busików czy pociągów dominują głównie lasy (33 proc. kraju), co zapewne ma pewien wpływ na monotonię wrażeń.

91850002

Być może przesadzam, ostatecznie to nie jest tak, że Polacy są tacy zabawowi i co chwila jest moc atrakcji. Niemniej nad Wisłą unosi się taka mgiełka ułańskości i co jakiś czas rzeczywistość zaskakuje. Nie Białorusi po prostu jest jak jest. Baćka powiedział, że tak powinno być, to tak jest i tyle.

91850003

Przyznam się, że ma to pewien urok. Dobrze jest sobie pomilczeć, zwłaszcza nad magnetyczną Świtezią. Ja w ogóle lubię słowiańską melancholię, a wszystkich zabawowych i roześmianych głupkowato ludzi (studenctwo, południowców w stylu hiszpańskich) bym kierował do przymusowych obozów reedukacji. Na przykład w Berezie Kartuskiej. I niech czytają Szołochowa o wojnie i bobakach.

91850009

W sensie jest spokojnie, nie ma tego idiotycznego “small talku”. Ale chyba na Białorusi posunęli to za bardzo, zbliżając się niebezpiecznie do modelu skandynawskiego. Znów wychodzi na to, że Polska jest krajem idealnie zbilansowanym, jednak nie na zasadzie zgniłego kompromisu, lecz jest po chestertonowsku areną ścierających się idei i natur. Polak dogada się i z ruskimi, i z niemiaszkami. I ze Skandynawami, i z Hiszpanami.

91850024

Ale znów odbiegłem od tematu, czyli od specyfiki Białorusi. Trochę czuję się w nieporządku, formułując takie sądy po zaledwie kilkudniowym pobycie, ale na moje odczucia nic nie poradzę. Być może na taki, a nie inny odbiór postrzegania Baćkolandu wpłynęło to, że – nie licząc Nowogródka – wędrowałem jedynie po większych miastach (Brześć, Pińsk, Homel, Mohylew, Mińsk, Grodno), co wynikało z braku auta z mojej strony oraz braku gór, a więc idealnego miejsca na piesze wycieczki i poznawanie także mniejszych miejscowości.

91860026

Nie znaczy to, że mi się nie podobało, ale na razie raczej zaspokoiłem mój głód poznania kraju, w którym wciąż większość PKB wypracowuje sektor państwowy (co, poza nadto rozbudowanym sektorem oczyszczania komunalnego, specjalnie nie rzuca się w oczy, bo i jak?). Podobnie nie planuję wrócić na Litwę, Łotwę i Estonię – możliwe, że jestem po prostu uprzedzony do krajów bezgórskich. Do Armenii czy Gruzji z chęcią bowiem zawsze zawitam.

Advertisements
Posted in Białoruś, Wschód | Tagged , | 1 Comment

Vivian Maier

Zanim napiszę relację z wyprawy na Białoruś, pragnę napisać kilka słów o postaci, która mnie od kilku tygodni fascynuje.

VM19XXW04205-01-MC

Vivian Maier zrobiła ostatnio niemałe zamieszanie w fotograficznym światku (przy okazji polecam film “Szukając Vivian Maier“). Okazało się bowiem, że jej zdjęcia, kupione przypadkiem na wyprzedaży garażowej, dorównują poziomem elicie fotografii ulicznej, z Carier-Bressonem na czele. Na pozór nic w tym nadzwyczajnego, kolejny artysta dołączył do panteonu gwiazd. Należy jednak zdać sobie sprawę, że świat fotografii zdominowany jest przez mężczyzn, a kobiety pstrykające światowej klasy zdjęcia można policzyć na palcach obu dłoni (Abbott, Arbus, Cameron, Cunningham, Lange, Leibovitz, White).

May 5, 1955. New York, NY

Co więcej, jej zdjęcia są doskonałe nie tylko w czerni i bieli, ale i w kolorze. Nie wszystkim udaje się zachować poziom w obu tych technikach. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że tylko nielicznym.

VM1975K05679-03-MC

Ale to nie wszystko. Prace Maier zostały okrzyknięte wspaniałymi dopiero po jej śmierci. I teoretycznie w tym nie ma nic nadzwyczajnego. Historia zna wiele przypadków artystów, którzy stali się sławni dopiero po śmierci. Na ogół jednak starali się oni pokazać światu już za życia, często jednak ich geniusz wyprzedzał epokę. Inaczej ma się rzecz w przypadku Vivian: wszystkie swoje zdjęcia robiła do przysłowiowej szuflady, a właściwie pudełka. Odkryto 100 tysięcy negatywów, których Maier nikomu nie pokazywała. Nie zrobiła z nich też ani jednej odbitki. Do tego kilka tysięcy negatywów nigdy nie zostało wywołanych (!).

Undated, Canada

To jest właśnie w tym niezwykłe. W każdym artyście drzemie bowiem pierwiastek ekshibicjonizmu, grzech próżności. Pragnie on pokazywać swoje dzieła, chwalić się nimi. Nawet ja, niedzielny fotograf, mam nieodparte pragnienie skanowania negatywów i pokazywania ich w Internecie, robienia odbitek i oglądania ich ze znajomymi czy wręczania wybranym osobom fotografii w podarku. I chodzi mi nie tyle o obnoszenie się z moją artystycznością, bo niewieloma grupami społecznymi pogardzam bardziej niż, pożal się Boże, “artystami”, ale raczej o niespotykaną możliwością oglądania czy wręczania zatrzymanych w kadrze ułamków rzeczywistości.

Emmett Kelly as the clown figure "Weary Willie", Undated

Ale odbiegłem od tematu. Maier nikomu nie pokazywała swoich zdjęć. I jeszcze to można by było jakoś wytłumaczyć, stwierdzając, że może nie była świadoma ich kunsztu albo że była porąbanym odludkiem. Niestety, równanie nie pasuje, bo zachowała się korespondencja Vivian, która jasno dowodzi, że znała wartość swoich zdjęć.

January, 1953, New York, NY

Jeśli chodzi zaś o socjopatię, to i tutaj puzzle nie pasują, bo Maier pracowała przez 40 lat jako… niania. Co prawda miała swoje odchyły w postaci zabierania dzieci na spacery do rzeźni czy siłowego wpychania im jedzenia do buzi, niemniej musiała odnajdować się w tym zawodzie, jeśli z jedną rodziną żyła kilkanaście lat, a gdy popadła w tarapaty finansowe, jej dawni podopieczni kupili jej mieszkanie i opłacali czynsz.

April 19, 1971. Chicago, IL

I to sprawia, że postać Maier staje się jeszcze bardziej fascynująca i może tłumaczyć, dlaczego establishment raczej z niechęcią powitał wejścia Vivian na wystawy. Najsłynniejsi fotografowie byli bowiem fotografami zawodowymi, żyjącymi z robienia zdjęć. Nawet jeśli nie mieli wykształcenia stricte fotograficznego, to często mieli coś wspólnego ze sztuką (Carier-Bresson studiował malarstwo, Adams był pianistą). Tymczasem Vivian robiła zdjęcia głównie podczas spacerów ze swoimi podopiecznymi. Zakładała swój słomkowy kapelusz oraz wyjściową sukienkę i wychodziła przejść się z dziećmi. Po drodze robiła, niejako przy okazji, kilkanaście – kilkadziesiąt ujęć swoim Rolleiflexem i wracała do domu, nikomu nie pokazując wywołanych później negatywów ze spaceru.

Undated, New York, NY

W jej rzeczach nie tylko nie znaleziono żadnej odbitki, ale także jakiegokolwiek albumu fotograficznego. Była totalnym amatorem, co zmusza do przemyślenia pojęć “fotografia zawodowa” oraz “fotografia amatorska” i pokazuje, że dzięki postępowi technicznemu obecnie (Vivian fotografowała głównie w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, a dziś jest pod tym względem tylko lepiej) każdy może robić zdjęcia. Ciekawe, ile jeszcze takich nieodkrytych talentów skrywają pudła po butach oraz dyski twarde?

VM1953W00034-03-MC

Może za bardzo rozpisałem się o tej historii – w końcu zdjęcia powinny bronić się same – ale jest coś w niej niesamowitego. Podsumujmy. Zdjęcia pewnej niani zostają kupione przypadkiem podczas aukcji bibelotów już po jej śmierci i okazują się mistrzowskimi kompozycji. Autorka zawsze ma aparat przy sobie (nawet u fryzjera!) i jest świadoma swej klasy, ale nie wykonuje odbitek swoich zdjęć, a negatywów nikomu nie pokazuje. Chodzi na spacery z dziećmi w tym swoim śmiesznym kapeluszu i tylko niejako przy okazji pstryka z biodra kilka autoportretów oraz trochę genialnych ujęć innych.

VM1978K05254-23-MC

W jej zdjęciach widać dużą wrażliwość, wyczulenie na detale, umiłowanie odmienności (trochę jak Arbus), ale także erwittowskie poczucie humoru. I choć najczęściej chodziła do slumsów (ku zgrozie rodziców swoich podopiecznych) i fotografowała biednych, to jednak nie są to zdjęcia, które na modłę polskiej szkoły filmowej “krzyczałyby tysiącem emocji”. Nie jest to sztuka zaangażowana, lecz po prostu życzliwa obserwacja i dokumentacja ludzkiej egzystencji, choć czasem – częściowo za sprawą kadrowania z dołu (poniższy portret mężczyzny w płaszczu) – sprawia wrażenie nieco odrealnionej (zdjęcie faceta na koniu). Fotografie są na tyle ciekawe, że nie przeszkadza mi nawet kadrowanie w kwadracie, które według co bardziej złośliwych jednostek stosują ludzie niepotrafiący się zdecydować na pion albo poziom.

Vivian-Maier-2

doc-7

September 18, 1962

Zamieszczone fotografie pochodzą z tej strony.

Posted in Refleksje o fotografowaniu | Tagged , , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Miłość na Krymie

Negative5-30-31(1)

Ostatnio głośno się zrobiło o Krymie za sprawą polityki miłości realizowanej przez pana Putina. Bardzo mnie zmartwiła perspektywa przyłączenia tego półwyspu do Rosji, gdyż wtedy trzeba będzie robić wizy i wakacje nad Morzem Czarnym nie będą już takie tanie. A to byłaby wielka szkoda, gdyż Krym jest jednym z najpiękniejszych zakątków na Ziemi i mówię to bez przesady.

Negative3-17-01(1)

Jest to bowiem miejsce ze wszech miar cudowne, gdzie na relatywnie małej przestrzeni skoncentrowało się mnóstwo interesujących rzeczy. Czego tam nie ma! Mamy więc przede wszystkim morze. Sam ten suchy fakt nie powinien nikogo zaskoczyć na półwyspie, ale jest to morze ciepłe, czyste i pachnie tęczą.

Negative6-33-09(1)

Poza tym to morze to nie jest takie normalne, nudne morze jak nasz polski Bałtyk. To jest morze interesujące! Za sprawą urozmaiconej linii brzegowej (zatoczki, półwyspy, plaże piaszczyste, plaże kamieniste, skały), jak i autochtonów, których – jak to przystało na Ruskich – ułańską rozrywką jest skakanie doń.

21bis (2)

Skoki do wody, Półwysep Krymski, Ukraina_4

Pozostając w tematyce wodnej, są i jeziora. Jeziora dobra rzecz. Umyć się można w nich (choć niektóre osoby muszą koniecznie ablucji dokonywać pod prysznicem – taka straszna choroba). Albo utopić jakiegoś ruskiego – bo zabory! bo komunizm! – podziwiając górski krajobraz.

Negative5-29-01(1)

Właśnie, góry. Krym nie samym morzem stoi i nowymi ruskimi przyjeżdżającymi do swoich nadmorskich daczy, by ich tępe kochanki mogły się poopalać i nie tylko poopalać. Krym to też góry. Teoretycznie niewysokie (1545 metrów to maksimum lokalne), ale gdy zaczyna się wędrówkę z plaży, to owo “teoretycznie niewysokie” dosyć szybko przekształca się w “ku*ewsko wysokie”. Zwłaszcza jak się tacha ze sobą namiot, furę żarcia, ulubioną kolekcję cegieł, Ludzkie działanie Ludwiga von Misesa oraz dziewczynę na dokładkę w bocznej kieszeni.

Negative1-09-36(1)

Góry Krymskie posiadają jedną wspaniałą właściwość. Widać z nich morze. To dla mnie był szok, bo wcześniej jeździłem głównie po kraju, a w naszej pięknej Polsce jest po bożemu, czyli morze na górze, góry na dole, a pomiędzy śmierć i zniszczenie, Sosnowiec, Radom i Łódź.

Negative2-13-20(1)

Krym to jednak nie same atrakcje przyrodnicze (wspominałem o wulkanach błotnych na Kerczu i o drzewach rosnących poziomo?), ale także zabytki.

Negative5-31-05(1)

Mamy więc i skalne miasta (np. słynne Czufut-Kale), i Chersonez Taurydzki i Jaskółcze Gniazdo i pałac chanów krymskich w Bakczysaraju i twierdzę w Sudaku, czy wspaniały Sewastopol ze swoimi zatokami i promami oraz potężną Flotą Czarnomorską, rzecz jasna.

Negative5-32-27(1)

Negative2-16-27(1)

10

Polecam gorąco każdemu. Byłem dwa razy, a i tak nie zobaczyłem wszystkiego! Bardzo dobrze wspominam te wyjazdy, ale moją ocenę może zaburzać fakt, iż byłem wtedy młody, głupi i zakochany.
Dojazd jest bardzo prosty. Najpierw do Przemyśla, potem busikiem do Medyki, następnie z Szegini marszrutką do Lwowa, a tam już mamy bezpośredni, niemalże klimatyzowany pociąg prosto do Synferopola (tylko dwadzieścia parę godzin – z tego względu sugerowałbym jazdę z przerwą na zwiedzanie Odessy). A stamtąd dostaniemy się wszędzie – zwłaszcza jeśli będziemy mieć szczęście i transport rosyjskich wojsk opancerzonych nas podwiezie 🙂

11

Mam nadzieję, że sytuacja na Krymie rychło się ustabilizuje, by Polacy-cebulacy znów mogli tam jeździć na tanie wakacje. Znakiem nieomylnym poprawy będzie, rzecz jasna, napływ kurew, gdyż:

ja na północy z jednym ekonomistą siedziałem. I rąbiemy sobie z nim las, pod eskortą, znaczy się, i on do mnie powiada: „Iwanie Nikołajewiczu, czy wiecie, kiedy u nas dobrze będzie”? A kiedy? – ja na to.”Kiedy kurwy z zagranicy do nas zaczną przyjeżdżać. To w ekonomii znak jest nieomylny. Nie żadne tam Marksy ani Friedmany, to wszystko plewy. Ale kiedy kurwy zagraniczne do Rosji zaczną się zlatywać, to będzie znaczyło, że ekonomia na nogi stanęła. One wiedzą najlepiej, gdzie jest dobrze, ja wam to mówię”. A człowiek był uczony. (S. Mrożek, Miłość na Krymie)

36

Posted in Krym, Wschód | Tagged , , , | 2 Comments

Jak (prawie) zostałem księciem Liechtensteinu

Choć pierwotnie blog ten miał dotyczyć Armenii, z biegiem czasu tematyka poruszana nań rozszerzała się, niczym ormiańska diaspora, na całe Zakaukazie. Po tym zaś, jak już zostałem uznanym ekspertem od quasi-państw, przyszła pora na mikropaństwa, a konkretniej księstwo Liechtensteinu.

Choć nie byłem tam w celach turystycznych, lecz aby uprać trochę pieniędzy w tamtejszych bankach i zdobyć rękę 18-letniej wnuczki panującego księcia, to jednak miałem cały dzień na zwiedzanie Vaduz, czyli stolicy kraju.

Zanim opowiem trochę o moich wrażeniach, najpierw małe sprostowanie dotyczące powszechnego stereotypu na temat Liechtensteinu. Choć to prawda, że ten niesłychanie bogaty kraj (biorąc pod uwagę PKB per capita jest to jedno z najbogatszych państw na świecie; stopa bezrobocia w 2011 r. wynosiła zaś ok. 2,5 procent) jest rajem podatkowym, zaś sektor finansowy odgrywa w nim istotną rolę, to jednak Liechtenstein posiada silnie industrialny charakter (ok. 40 proc. zatrudnionych pracuje w przemyśle, który jest największym sektorem odpowiadającym za podobną część PKB).

Czytelników pragnących dowiedzieć się, skąd wzięło się obecne bogactwo Liechtensteinu – omawiając mój ślub z Marie-Caroline von Liechtenstein, książe pochwalił mi się, że nawet Szwajcarzy przyjeżdzają do jego kraju za chlebem – odsyłam do tego artykułu, a ja tutaj zajmę się luźnymi impresjami z pobytu w stolicy księstwa.

Vaduz umyka łatwym klasyfikacjom. Z jednej strony jest to bowiem właściwie wieś, licząca sobie ok. 5200 mieszkańców, którą można obejść wokół w jakąś godzinę, a dookoła niej roztaczają się wspaniałe widoki na Alpy.

20140203_105251

Z drugiej strony jest to ośrodek akademicki oraz niezwykle rozwinięta miejscowość, po której jeżdżą niemal wyłącznie najnowsze audi, a wiele najważniejszych instytucji finansowych na świecie, takich jak Ernst&Young, ma swoje oddziały. Idąc główną ulicą Städtle natkniemy się na sklepy topowych marek (np. Patek Philippe) oraz elegancko ubranych bankierów śpieszących do pracy, aby dokonać kolejnej szemranej transakcji lub przeprowadzić restrukturyzację i zwolnić część pantomimicznych koni.

20140203_115124

20140203_103222

Najwłaściwszym chyba twierdzeniem będzie, że Vaduz łączy po prostu w sobie wszystko co najlepsze we wsi i mieście. Jest bowiem jednocześnie blisko natury – kilka minut spaceru i możemy już spacerować wzdłuż Renu (oddzielające księstwo od Szwajcarii) z widokiem na góry – jak i zapewnia wszystkie korzyści związane z cywilizacją i życiem w mieście (czyli, w kolejności od najważniejszych: kebab, supermarket z mięsem i alkoholem, sklep z tabakami z całego świata).

20140203_130642

Może więc nie jest to najbardziej turystyczne miejsce na świecie, ale z pewnością jedno z najlepszych do życia. W tym bowiem mieście człowiek nie czuje się jak w mieście (nie ma szarych blokowisk i tego całego zgiełku itd.); i w tej wsi nie czuje się jak we wsi (nie ma wąsatych januszy w gumiakach, a w sklepie z pieczywem można śmiało porozmawiać o kursach akcji oraz rzeźbie współczesnej).

20140203_103332

Można to też ująć inaczej: w tej miejscowości jest zarówno przestrzeń profanum, jak i szeroko pojęte sacrum. Dla jednych będzie to Ren leniwie toczący swoje wody w stronę Morza Północnego, zaś dla innych zamek należący do rodu Liechtensteinów górujący nad doliną, w której położone jest Vaduz.

20140203_110431

20140203_111746

A może ja po prostu lubię góry, zaś na starość zapałałem do cichych, małych miasteczek blisko natury? Gdyby tam jeszcze mieszkały Ormianki…

Posted in Zachód | Tagged , , , , , , , | 2 Comments

Krótka rozprawa o wyższości zimy nad innymi porami roku

Tak jak wszystko we Wszechświecie ma swoją hierarchię (np. libertarianie > prawaki > lewaki), tak samo jest z porami roku i najwspanialszą z pór roku jest bez wątpienia zima. Jest tak z trzech powodów.

1. Estetyka
Nic nie może równać się z zimowym krajobrazem, gdy wszystko – aż po horyzont – pogrążone jest w śniegu. Świat jest wtedy bardziej monochromatyczny, stonowany i minimalistyczny. Dookoła istnieje jedynie biel, a tylko gdzieniegdzie majaczy niepewna czerń drzew i rzucane przez nie nieśmiałe cienie, co tylko podkreśla wspaniały, srogi pejzaż zimy. Jest wtedy jakoś spokojniej, panuje mroźna cisza, którą przerywa jedynie skrzypienie śniegu. Nie ma jednak tego idiotycznego ćwierkania ptaków, przepoconych ludzi i odkrytych pępków, w ogóle taką wiosną wszystko toczy się za głośno, zbyt krzykliwie i za szybko. Rośliny rozwijają się chorobliwie bujnie, zwierzęta pędzą gdzieś w niezrozumiałym pośpiechu, zaś niedorozwinięci faceci przywdziewają obrzydliwie krótkie spodenki do kolan. Z kolei upał to kanapa, piwo i przepocona koszulka. Zima to zaś eleganckie płaszcze, futra i szuby, ciepła herbata oraz wytworna piersiówka z ulubioną substancją na rozgrzanie. Zimą panuje lodowaty spokój, a poprzez brak feerii barw i dźwięków, czy wręcz ograniczenie formy niemal jedynie do czerni i bieli, łatwiej dostrzec Istotę Rzeczy, albo przynajmniej Andie MacDowell lepiącą bałwana.

x950

2. Filozofia
Zima jest wspaniała także z ontologicznego punktu widzenia, gdyż człowiek dopiero pod wpływem przejmującego chłodu odczuwa swoje istnienie z całą mocą. Jest coś niesamowitego w spacerach zimą, gdy czujemy, jak atakuje nas mróz. W upałach człowiek się rozpływa, zatraca swoje jestestwo w rzeczywistości podobnie ciepłej do niego, natomiast idąc na mrozie, człowiek dumnie obwieszcza światu swoje 36,6 stopni. Gdy jest upał, jesteśmy rozleniwieni i nic nam się nie chce. Idąc na mrozie, jesteśmy cały czas aktywni – trwa bowiem nieustanna walka o każdy centymetr naszego ciała. Zimny wiatr zacina, a my co chwila poprawiamy naszą czapkę uszatkę, tupiemy i zacieramy ręce oraz wytrzepujemy śnieg z walonek. Nie rozpływamy się w zewnętrznej rzeczywistości, lecz godnie z nią walczymy, dumnie niosąc nasze czerwone uszy jako sztandar ludzkiej egzystencji.

Zima

3. Psychologia
Najważniejszy powód, dla którego uwielbiam zimę, jest jednak natury psychologicznej. Jako socjopata nie przepadam za ludźmi. A większość ludzi nie lubi zimy. Pomyślcie tylko o tych wszystkich, parafrazując Dzień Świra, *******, którzy utknęli w tych ******** pociągach bez ogrzewania, albo o tych, którym nie odpaliło rano auto do pracy. Pomyślcie o tych wszystkich upadkach na śliskim chodniku, o wcześniejszym wstawaniu, by odśnieżyć samochód, o dramatycznych wyborach lachonów, które muszą rozstrzygnąć, czy założyć tę wystrzałową spódniczkę do połowy uda, czy jednak będzie w niej za zimno. Albo o tych wszystkich dupkach, którzy z powodu nieprzejezdnych dróg utknęli w jakimś Bździszewie lub innym Punxsutawney. Czy od razu nie robi się cieplej na sercu?

groundhogday1

Dlatego do góry uszy i radosną pieśń na ustach nieś!
Bo kiedy pada śnieg, to nawet stróż
tę radosną pieśń powtarza już!

Posted in Uncategorized | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Toasty na Zakaukaziu

W Polsce nie ma kultury picia. Chleje się szybko, a niektórzy piją nawet bez toastów. Tymczasem, jak mawiał mój niezrównany nauczyciel matematyki w liceum, bez toastów to pijaństwo. (To prawdopodobnie największa mądrość, jaką wyniosłem z reżymowej szkoły). Ale nie chodzi o jakieś prymitywne “na zdrowie”, czy quasi-zabawne “za czeską marynarkę wojenną” – prawdziwy toast powinien coś znaczyć. Tak się pije na Zakaukaziu. Zawsze musi być toast, poważny, kilka zdań przynajmniej, często jakaś anegdota.

Oddajmy głos pseudoreportażyście Kapuścińskiemu:

Gruzini wiedzą, że kultura stołu, obrządek stołu, w Europie zarzucone i zapomniane, że biesiada została odarta ze swoich treści, a toast zredukowany do monosylab (no to cyk!) albo do grafomanii (chluśniem, bo uśniem!). Bardzo to są niesmaczne dla Gruzina zwyczaje (Zaproszenie do Gruzji, w: Kirgiz schodzi z konia).

W Rosji są trzy obowiązkowe toasty: za życie, za przyjaźń i za miłość, ale tam nie ma tam takiej tradycji toastów jak w Gruzji. Po pierwsze, kultura toastów dotyczy tylko wina. Być może dlatego nie istnieje w Rosji czy w Polsce i wykształciła się w winem stojącej Gruzji (ale, nie muszę tego chyba dodawać, sam zwyczaj pochodzi, rzecz jasna, z Armenii – tak przynajmniej twierdzą Ormianie, a ja nie mam podstaw, by im nie wierzyć). Po drugie, tylko w Gruzji mamy suprę, czyli całą biesiadę, i tamadę, czyli mistrza toastów. On i tylko on je może wznosić. Może jednak pozwolić komuś innemu, ale nie musi (Są też specjalnie wyznaczane osoby, które polewają wino. Kieliszek napełnia się do 3/4, a pije się nie do dna, lecz tak, by odrobina została). Tamadą zostaje na ogół najlepszy mówca, wybierany wspólnie. W bardziej ekstremalnych wersjach takiej imprezy bez zgody tamady nie można oddalić się od stołu, nawet do toalety.

Bo supra to rodzaj rywalizacji. Kto ma słabszą głowę (lub pęcherz), ten przegrywa. Jako forma rywalizacji, i to w dodatku z udziałem alkoholu, jest to tradycyjnie rozrywka męska (do tego stopnia, że czasem, obecnie głównie na prowincji, kobiety siedzą przy oddzielnym stole) – w tym sensie, że kobieta może w dowolnym momencie odmówić picia wina (kobietom nie wypada się upijać), natomiast w przypadku facetów jest to niedopuszczalna oznaka słabości i małych jąder.

Toasty są męską sprawą, stół nie jest dla kobiet. W Gruzji istnieje kult kobiet, ale wyrażany w inny, nie biesiadny sposób. Istniał tu piękny zwyczaj w latach wojen bratobójczych: kiedy na pole walki wkraczała kobieta, Gruzini przerywali bitwę (ibidem).

Rywalizacja odbywa się na jeszcze dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, kto wzniesie lepszy toast (zakładając, że tamada jest liberalny). Oczywiście, im bardziej wzniosły i patetyczny, tym lepiej. I choć można się czasem z tego śmiać, to jednak jest w tym pewne sacrum. Jest to forma uświęcenia picia alkoholu. Supra nie jest więc zwyczajną popijawą, zgnojeniem się i totalnym resetem – nie chodzi w niej o picie dla picia. I choć można twierdzić, że to po prostu racjonalizacja pijaństwa – w dodatku śmieszna przez swój patos – ja będę jej bronił, gdyż w obecnych czasach mówienie o wielkich rzeczach wymaga nie lada odwagi. To pewnie przejaw szerszych różnic kulturowych między nihilizującym Zachodem a niektórymi krajami Wschodu. Nie mogę się po prostu powstrzymać od wrażenia, że na Zachodzie już nikt w nic nie wierzy, podczas gdy w takiej Gruzji wzniesienie toastu za Boga jest czymś najnormalniejszym pod słońcem. Nie chodzi mi tutaj jednak wyłącznie o wiarę religijną, ale o proste przekonanie, że istnieją pewne wartości, za które warto walczyć, żyć i – pić.

Weźmy na przykład taki toast za swój kraj:

Przy każdej okazji, nawet w sytuacjach najbardziej rodzinnych i prywatnych pije on toast “za naszą wspaniałą Gruzję”. W barach również piją taki toast. U nas podobna manifestacja uznana byłaby za zbyt patetyczną. A tutaj jest naturalnym, przyjętym rytuałem (ibidem).

Chodzi mi więc o naturalną inklinację do Piękna, Prawdy i Dobra, która przejawia się właśnie w poetyckich, podniosłych toastach. Jeżeli więc czasem twierdzę, że ratunek dla cywilizacji Zachodu przyjdzie ze Wschodu, to nie chodzi mi o to, że mają tam lepsze instytucje, filozofię polityczną czy cokolwiek w tym rodzaju, tylko o to, że tam co niektórzy jeszcze wierzą, że istnieją pewne wyższe wartości, do których warto dążyć.

Toast musi być poetycki, bo życiu trzeba dodawać piękna. Dobrze jest powiedzieć o błękicie nieba, o zapachu róż, o srebrnych wodach strumienia. Dobrze jest przyrównać wielkość człowieka do wielkości góry Kazbek, a jego wolę i upór do jodły wczepionej korzeniami w szczeliny skalne (ibidem.).

To trochę tak, jak w tym rosyjskim powiedzeniu: “Wszystkich kobiet nie zaliczysz, ale próbować warto”.
I tu tak samo: nikt z nas nie będzie tak szlachetny jak Roland, ale próbować warto. Może więc i Gruzini nie osiągną nigdy Miłości czy Prawdy, ale nie będą twierdzić – jak na Zachodzie – że jej nie ma, albo że nie ma znaczenia, bo to przebrzmiały koncept.

Dlatego lubię gruzińskie toasty – miewają w sobie coś z dobrej opowieści (tak jak bajki). Nie ma w nich przeintelektualizowania i relatywizmu, są za to szlachetni Gruzini i cudowne Gruzinki. No może nie do końca takie wspaniałe:

Pewnego razu przyszedł do Boga samotny mężczyzna i poprosił o stworzenie dla siebie kobiety. Bóg wziął trochę promieni słońca, zadumaną melancholię księżyca, łagodne spojrzenie sarny, drżenie łani, piękno łabędzia, delikatność puchu, lekkość powietrza, świeżość wody. Ażeby jednak uniknąć nadmiaru ckliwości dorzucił nieprzewidywalność wiatru, kłótliwość sroki, płaczliwość chmury i burzliwość nastrojów. Wszystko zmieszał i oddał mężczyźnie, mówiąc: Bierz i radź sobie z tym!
Zatem wznieśmy toast za tę wspaniałą, boską mieszankę!
Źródło: obliczagruzji.monomit.pl

Drugi wymiar rywalizacji polega na tym, kto komu lepiej dogada. Najlepsze są takie toasty, które niby chwalą danego biesiadnika, ale wprawione ucho łatwo zauważy w nich nutkę ironii.

Tak toczą się toasty, nastrój staje się wspaniały, bo każdemu dobrze, każdy po głowie pogłaskany. Jeden drugiemu może patrzeć w oczy. Jeden drugiego może mieć za brata. Ale te peany tylko dla niewprawnego ucha brzmią identycznie wysoko i pochwalnie. Kto ma rutynę,
wie, że jest inaczej. W tych pochwałach jest gradacja, są setki niuansów, tysiące odcieni. Jednych chwalą bardzo, ale innych jeszcze bardziej! Ktoś dostanie pochlebstwo zwyczajne, a ktoś drugi pochlebstwo wspaniałe! A czas też się liczy. O jednym będą mówić pięć minut, a drugiemu dadzą dziesięć.
Dadzą cały kwadrans! (…) W tych warunkach toast, choć zawsze pochwalny, ale jednak różnicowany, jednak stopniowany, staje się formą opinii publicznej, wyrazem poglądów otoczenia, rodzajem prywatnego Gallupa. Toastem dwuznacznym można z kogoś pokpić, toast zbyt letni jest rozumiany jako krytyka.
(Kapuściński, op. cit.).

Na suprze byłem raz i wtedy toasty były następujące – podaję w kolejności: za pokój, wolność, Gruzję, Boga, rodziców, rodzeństwo, zmarłych, zabitych na wojnie, potem (obowiązkowo po poprzednich, które można połączyć w jeden, aby nie było za smutno) za życie, za przyjaźń, za miłość (wtedy z rogów się pije, parami, pary się całują po toaście; z rogów pije się przy najważniejszych toastach z tej prostej przyczyny, że nie można ich odstawić, nie wylewając trunku) i za przodków (z miseczek). Z kolei w Abchazji są trzy obowiązkowe toasty (przynajmniej takie wznosił pewien Abchaz, z którym piłem): pierwszy jest za spotkanie, drugi za poległych, zaś trzeci za gości.

Przy czym to nie jest tak, że się pije np. za pokój i już. Tamada opowiada o tym, że na Zakaukaziu jest co chwila wojna, że pewnie każdy przy stole stracił w ich wyniku kogoś bliskiego i dlatego pokój jest bardzo ważny itd. – i dopiero wtedy się pije.

Albo opowiada się anegdoty. Na tej, na której byłem, tamada opowiedział taką historię o przyjaźni:

Na suprze zobaczono pewnego Gruzina, który pił z dwóch kieliszków. Spytano się go, dlaczego tak robi. On na to, że na łożu śmierci przyjaciela obiecał mu, że będzie zawsze pić za jego pamięć i dlatego pije za siebie i za niego. Wspaniały człowiek – pomyślano. Po paru miesiącach zobaczono go znowu, na innej suprze – teraz jednak pił tylko z jednego kieliszka! Zaniepokojono się – przecież obiecał! – i spytano się, dlaczego pije tylko z jednego kieliszka, przecież obiecał swojemu przyjacielowi. On odparł, że niedawno był u lekarza, który powiedział mu, że ma chorą wątrobę i nie może pić alkoholu, gdyż może umrzeć, dlatego pije teraz tylko za pamięć przyjaciela. Wypijmy zatem za to, aby doświadczyć takiej prawdziwej przyjaźni.

Na koniec, w ramach podsumowania na temat gruzińskiego toastu, oddajmy ostatni raz głos Kapuścińskiemu – nie przepadam za nim, ale nie ma sensu powtarzać tego, co zostało już napisane – zwłaszcza, że nie opiszę tego lepiej, bo byłem tylko na jednej suprze:

Jest właśnie rodzajem rozmowy, jest etykietą i zarazem formą improwizacji panegirycznej. Każdy, kto jest za stołem, dostanie głos i skwapliwie z niego skorzysta: wygłosi toast. Najpierw pójdą toasty obowiązkowe: za Gruzję, za przodków, za rodzinę, za partię przewodniczkę, za Szotę Rustawelego, za Poranek Naszej Ojczyzny. A potem będzie seria toastów wzajemnych – jeden wznosi toast za drugiego. Toast mówi się kilka minut, można mówić pół godziny. Przy stole zapada cisza. Wszyscy słuchają z najwyższą uwagą. Jeżeli mówiącemu toast idzie dobrze, wszyscy kiwają głowami z uznaniem, jeżeli zaczyna mącić, odzywa się pomruk niezadowolenia. Toast to ważne expose, które się będzie potem długo dyskutować, roztrząsać, powtarzać. Są toasty, które przeszły do historii jak jakieś eposy czy kroniki. Są mistrzowie toastów, których się specjalnie zaprasza, bo pięknie improwizują. (…) Najważniejsze jednak, żeby toast był afirmujący, maksymalnie pozytywny. W tym jest zawarty cały sens obyczaju. Kto dostaje głos, wygłasza toast na cześć kogoś z obecnych. Nieważne, kim jest ten uczczony, jaka jest jego profesja, jakie jego talenty. Wystarczy, że siedzi przy stole, to znaczy, że został dopuszczony, a skoro tak, jest wspaniały, jest wielki, musi być wielki! I oto mając za swojego sąsiada przy stole cichego urzędnika poczty w Zugdidi, dowiaduję się nagle z toastu, że to człowiek niezwykły, tytan pracy, dobry anioł, który roznosi po domach radość, dusza miasteczka, druh niezastąpiony i najlepszy, autor jakiegoś pomysłu, który zmienił pocztowe oblicze świata, przykładna głowa rodziny, wielbiony przez dzieci papa itd., itd.

Wypijmy zatem za to, aby ludzie na Zachodzie nie bali się podniosłych słów i dążyć do Prawdy, Dobra i Piękna. Gaumardżos!

Pirosmani

Posted in Abchazja, Gruzja | Tagged , , , , , , , | 2 Comments

Dlaczego nie lubię fotografii koncepcyjnej i reportażowej?

Staram się być wierny dewizie “używaj rzeczy zgodnie z przeznaczeniem”. Przeznaczeniem, naturą fotografii jest oddawanie tego, co było. Tylko tyle. A może aż tyle. Innymi słowy, aparat rejestruje to, co rzeczywiście się zdarzyło. Oczywiście, oddaje to w inny sposób niż ludzkie oko postrzega świat, czasem rejestruje to, czego ludzkie oko nie jest w stanie dostrzec (przy b. krótkich czasach), niemniej fotografowana scena zawsze istniała w rzeczywistości.
Do tego punktu wszystko jest proste. Teraz istnieją dwie możliwości: albo fotograf nie ingeruje w rzeczywistość zewnętrzną, albo ją kreuje. Ustawia modeli, komponuje kadry według własnego zamysłu itd. – nadal aparat rejestruje to, co się zdarzyło (np. model w masce konia), jednak dla mnie nie jest to PRAWDZIWA fotografia. Jest to hm… malarstwo przy pomocy aparatu fotograficznego. Nie zależy nam wtedy na Prawdzie, tylko na Pięknie. Takie zdjęcia nie oddają tego, jak się toczy życie, jak płynie naturalnie rzeka egzystencji, tylko jakiś sztuczny zbiornik, zbudowany przez nas. Niby nie ma w tym nic złego, ale jednak wydaje mi się, że istota fotografii – zdjęcie oddaje to, co było – sugeruje, że fotografowany obiekt był przed kadrem bez żadnej ingerencji.
Dlatego nie lubię specjalnie tych wszystkich wydumanych kompozycji, wycezylowanych kadrów. Nie lubię fotografii mody, a robiąc portery zawsze czuję się jakoś nieswojo. Bo sam fakt robienia zdjęcia wpływa na osobę fotografowaną i zaburza w ten sposób naturalną strukturę wszechświata.

Tu dochodzimy do tego, dlaczego nie lubię też reportaży, choć po tym, co napisałem, powinno wydawać się, że powinienem być wielkim jej fanem. Otóż, nie lubię reportaży, bo to wchodzenie butami w czyjeś życie. “Sfotografujmy głodne dzieci w Ugandzie” – Warszawiaki to lubią. I taki reporter jedzie i wraz z tuzinem innych reporterów foci na wyścigi wzdęte brzuszki. Potem hipsterzy siedzą w kawiarniach i komentują zdjęcia, a fotograf wygrywa nagrodę. To jest instrumentalne.
Nie lubię reportaży z jeszcze jednego powodu: to jest pewna subtelna odmiana fotografii koncepcyjnej tak naprawdę. Bo to nie jest oddawanie rzeczywistości takiej, jaka jest naprawdę, tylko taka, jaka pasuje do wybranego przez nas tematu reportażu. Jest to wcześniejsze zaprogramowanie aparatu, że będzie fotografował tylko określony wycinek rzeczywistości. Takie kadry robił, jakie lubi Redakcja.

Tych pisanych reportaży też na ogół nie lubię. Bo jedzie sobie taki korespondent i pyta się innych ludzi o ich przeżycia wojenne tylko dlatego, by zrobić materiał. Naprawdę, to jest wchodzenie buciorami w czyjeś życia.

Dlatego najbardziej lubię dwie dziedziny fotografii: pejzaże i fotografię uliczną. Obie te dziedziny polegają na tym samym: na chodzeniu i zdejmowaniu kadrów, które mi się podobają (zarówno w górach, jak i w mieście). Bez pozowania, bez ingerencji, bez wchodzenia buciorami w czyjeś życie, bez określonej tezy.
Taka perspektywa włóczącego się psa. Psa z aparatem.

Porównajcie sami (w każdym przypadku mamy dobre zdjęcie, a przedstawiona scena zaistniała przed obiektywem):

Fotografia koncepcyjna (Chris Anthony):
4

Fotografia reportażowa (Kevin Carter; każdy chyba słyszał historię tego zdjęcia, więc powstrzymam się od komentarzy):
100-najwazniejszych-zdjec-swiata.-kevin-carter

Fotografia pejzażowa (Ansel Adams, choć swoje zdjęcia również cyzelował, to jednak jego budulcem była Prawda):
Adams_The_Tetons_and_the_Snake_River

Posted in Refleksje o fotografowaniu | Tagged , , , | Leave a comment