Kilka refleksji o Azji Centralnej

Do Azji Centralnej chciałem pojechać od dawna. Może nie tyle do Azji Centralnej, co do islamskich stanów dawnego postsojuza. Zawsze mi się wydawały dziwne – niby ZSRR, ale jednak islamskie republiki, coś innego. To jak to jest z nimi naprawdę?

W Kirgistanie czułem się zasadniczo jak w Rosji. Wszędzie cyrylica, ludzie mówią po rosyjsku, nawet często między sobą. Tylko twarze nieco odmienne, ale generalnie wszystko się zgadza. Są stopy Lenina, jest wąski odpływ, wszędzie rury, jest po kilka dworców w mieście, wszechobecne marszrutki, jest cały ten wschodni, nieznośny, kochany bardak – no, generalnie wszystko się zgadza! Tylko twarze nieco odmienne. I jakby więcej facetów na koniach. Ale nie czułem się, jakbym był w republice islamskiej. Kirgizi są raczej zlaicyzowani, czasem tylko było słychać nawoływanie imama, ale generalnie po prostu, ot, azjatyckie rubieża sowieckiego imperium. Jedyne co, to mają bzika na punkcie dywanów i zdejmowania butów, aby nie zbrukać delikatnej tkaniny chamskim butem. Nawet przed wejściem do (kazachskiego) tira, który nas wziął na stopa, musieliśmy zdjąć buty 🙂

W Kirgistanie czułem też trochę jak w Mongolii, tylko takiej górskiej. To znaczy wszędzie baranina, wszędzie bida (aczkolwiek Kazachstan tutaj jednak znacząco odstaje od Kirgistanu, wyższa liga) i wszędzie step – i góry. Inaczej: czuć przestrzeń. Nawet w tym relatywnie niewielkim, zwartym, otoczonym górami Kirgistanie. Po prostu aż chce ci się wskoczyć na konia i pogalopować w step, w stronę zachodzącego słońca. Susły płaczą ze wzruszenia.

W Kirgistanie czułem się też odrobinę jak w Szwajcarii. Wiecie, wszędzie było widać góry. Nawet w Biszkeku. Nawet na plaży nad Issyk-Kul. Nawet ze sławojki nad Song-Kolem był widok na góry. Kirgistan jest nawet nazywany „Szwajcarią Azji Centralnej”. Złośliwi zwracają uwagę, że istnieją znaczące różnice w poziomach zamożności między oba krajami. To prawda, ale na korzyść Kirgistanu przemawia brak Szwajcarów.

I tutaj dochodzimy chyba do sedna tego, jak się czułem w Kirgistanie. Otóż, czułem się dobrze. To znaczy czułem, że wszystko jakoś będzie, że każdy problem zostanie rozwiązany. Kto nie był na Wschodzie, ten może tego nie zrozumieć. Życie jest tam generalnie trudne i na dłuższą metę raczej nie chciałbym tam mieszkać. Ale wiecie, chodzi o to, że wszystko jest do dogadania się, można jakoś załatwić. Nie ma opcji takiej, jak np. w pewnym pensjonacie w Londynie, w którym nie dostanie się posiłku minutę po zamknięciu kuchni albo piwa o 23:01). Nie ma marszrutki, ale to nic, bo jest taksówka. Nie macie noclegu, to nic, mam znajomego który prowadzi pensjonat. Stawka jest taka, ale możemy też umówić się na inną. Jest bardzo późno, ale to nic, zrobimy Wam kolację. I czaju. Na którą śniadanie chcecie? Dobrze, ustalimy, jak wstaniecie. Może wódki?

Posted in Kazachstan, Kirgistan | Tagged , , , | Leave a comment

Stromo w dół, czyli trekking nad jezioro Ala-Kol

Zrobiliśmy dwa porządniejsze trekkingi, Ala-Archa i Ala-Kol. W poprzednim poście opisałem Ala-Archa. W dzisiejszym wpisie opiszę drugi z nich.

Do parku narodowego Ala-Kol można dostać się z Karakolu. Jeżdżą tam marszurtki, ale dojeżdżają tylko do bramy parku. Natomiast taksówka może dojechać sporo w głąb parku, co oszczędza kilka-kilkanaście kilometrów. Warto skorzystać. Tak naprawdę auta dojeżdżają aż do Karakol Base Camp, ale to za dodatkową opłatą. No i jednak można trochę się przejść 🙂

Do Karakol Base Camp idzie się zasadniczo doliną wzdłuż rzeki (vide: zdjęcie powyżej), jest to spacer idealny na rozgrzewkę. Od momentu wysadzenia nas przez auto do mostu szliśmy jakieś 2-2,5 godziny nieśpiesznym tempem. Podejście zaczyna się przy bazie. Przechodzi się most i idzie lasem pod górę. Przy moście jest informacja, że do bazy Sirata Hut idzie się godzinę (vide: zdjęcie poniżej), Bezdroża twierdzą, że dwie, my szliśmy półtorej. Sirata Hut istnieje od niedawna, więc niektóre przewodniki mogą jej nie mieć zaznaczonej. Ale istnieje, przynajmniej zakładając, że nie padliśmy ofiarą halucynacji wysokościowej. Składa się z dwóch części: jurtowiska oraz bazy namiotowej. W obu można się kimnąć oraz zjeść coś ciepłego, a w jurtowisku także kupić przekąski i napoje, w tym alkoholowe. My poszliśmy do bazy namiotowej, gdzie rozbiliśmy swój własny namiot (za 200 tenge). Śniadanie/kolacja dla jednej osoby kosztuje 300 tenge.

Kolejnego dnia wstaliśmy o 6, o 7 wymarsz. Do jeziora idzie się jakieś 3 godziny, potem 2 godziny wzdłuż i jeszcze jedną na przełęcz. Jezioro Ala-Kol osiągnęliśmy ok. 10:00 (z przerwami na striptiz – rano o szóstej było bardzo zimno, a potem wyszło słoneczko). Droga doń nie jest zbyt wymagająca. Zachwyceni jeziorem zrobiliśmy półgodzinny popas na śniadanko. Następnie szliśmy wzdłuż jeziora około godziny do następnego popasu gdzieś w połowie jeziora. Przy czym droga wzdłuż jeziora nie oznacza ścieżki wzdłuż brzegu, ale drogę idącą do góry w pewnym oddaleniu od tafli wody. Można zejść do jeziora, oczywiście, nawet jest tam jakiś kemping, ale nie chciało nam się tracić wysokości. Do rozwidlenia na przełęcz droga jest spoko. Jezioro wygląda mniej więcej tak:

Około 12:30 zaczęliśmy podejście na przełęcz Ala-Ter (3900 m n.p.m.), na której stanęliśmy ok. 13:40. Ten ostatni odcinek nie jest może jakoś specjalnie stromy, ale szło mi się nieprzyjemnie. Idzie się bowiem wąską ścieżką po obsypującym się żwirze. Trzeba uważać.

Widoki z przełęczy cudne. To znaczy do momentu, w którym człowiek nie zauważy zejścia w stronę Altyn Arashan. Jest NAPRAWDĘ STROME. Nie szliśmy nigdy wcześniej tak stromym zejściem. Na szczęście jest względnie krótkie, bo zajmuje jakąś godzinę. Ale pierwszy kwadrans to jest rzeźnia, a pierwsze pięć minut to jest walka o życie. Chodzi o to, że nie ma czego się złapać (żadnych skał, drzew), idzie się po osuwającym się żwirze, gołoborzu. Ponoć dzień wcześniej znoszono jakiegoś Francuza, który nie podołał. Powiem tak: od razu stwierdziłem, że czas schować godność do plecaka i odcinek ten trzeba pokonać na dolnych przygraniczach pleców. Noty za styl są niskie, ale jest to najbezpieczniejsza opcja. Zazwyczaj. Tymczasem przez pierwsze pięć minut było niebezpiecznie nawet zjeżdżając na zadku. Naprawdę trzeba uważać. Zdjęcie powyżej przedstawia zejście, ale nie oddaje w pełni jego okrutnego nachylenia, zaś zdjęcie poniżej przedstawia autora posta podczas walki o życie.

Tutaj ważna informacja: istnieje mniej strome zejście, o którym my nie wiedzieliśmy. Po wejściu na przełęcz trzeba pójść w prawo i po kilkuset metrach będzie mniej stroma ścieżka w dół. Przy czym o ile wyglądała ona z dołu na mniej stromą, to wciąż była ona stroma.
Po zejściu z przełęczy droga jest już lajtowa. Nie jest krótka, bo do Altyn Arashanu idzie się jeszcze około 3,5/4 godziny, ale nachylenie jest beskidzkie. Cały czas idzie się łagodnie w dół (zdjęcie poniżej to mniej więcej oddaje). Po ok. 2,5 godzinach marszu dochodzi się do rzeki, którą trzeba przejść, czy to się podoba, czy nie. Potem jeszcze godzina/półtorej do wsi – i już można kąpać się w gorących źródłach! 🙂

Z Altyn Arasham następnego dnia można łapać jakieś auto (najczęściej będzie to oznaczać płatnego jeepa) albo iść do wsi, z której jadą marszrutki do Karakolu. Ponieważ nie było nawet żadnej maszyny, by negocjować, po prostu poszliśmy. Droga jest lajtowa, idzie się doliną rzeki, ale zajmuje ona jakieś 3-4 godziny.

Posted in Kirgistan | Tagged , , , , , , | 1 Comment

Trekking w parku Ala-Archa, czyli jak nie zdobywać szczytów

Zrobiliśmy dwa porządniejsze trekkingi, Ala-Archa i Ala-Kol. W tym poście omówię pierwszy z nich (a tutaj znajdziecie omówienie drugiego).

Do parku narodowego Ala-Archa marszurtki z Biszkeku odjeżdżają z bazaru Osz. Jedzie się ponad godzinę/półtorej (my zapłaciliśmy 150 somów od osoby, ale stawka oficjalna to ponoć 100 somów od osoby). Co ważne, generalnie marszrutka kończy trasę kilkanaście kilometrów przed wjazdem do parku, ale za drobną dopłatą kierowca dowozi pod samą bramę. Tam jeszcze kilka km do przejścia po asfalcie do pensjonatu, czyli miejsca, w którym zaczyna się szlak. My to załatwialiśmy przez babuszkę od pamiątek, która załatwiła nam podwiózkę. W pensjonacie można zjeść, kupić wodę oraz zostawić rzeczy do przechowania za drobną opłatą (bodaj 200 somów za dzień – skorzystaliśmy).

Trasa na pierwszy dzień zajmuje 5 godzin. Wyglądało to tak, że po obiedzie wyruszyliśmy w kierunku bazy Racek. Szlak jest nieźle oznaczony i w kilku orientacyjnych punktach są tablice z mapą i czasami (takie jak na zdjęciu powyżej). Najpierw idzie się ok. godziny do skały „złamane serce” (my to w 40 minut zrobiliśmy). Szlak jest spoko tutaj, pod górę wiedzie, ale nic ponad Beskidy. Chyba że padało wcześniej, to będzie ślisko.
Potem jest 20 minut wg mapy do plateu (idzie się szybciej). Tutaj też idzie się bardzo spoko, powiedzmy, że „granią”. Widoki wyglądają mniej więcej tak:

Następnie jest jakaś godzina do rozgałęzienia na wodospad. Mniej więcej zgodnie z czasówką szliśmy. Odcinek ten też jest spoko, idzie się trochę po równym, potem się schodzi, trochę wchodzi. Luz. W tym miejscu jest miejsce do rozbicia namiotu jakby co (a nawet dwa, a ponoć też coś jest przy samym wodospadzie).
Ostatni odcinek wiedzie od wodospadu do bazy. Mapa mówi 2,5 godziny i można jej zaufać. Jest to najtrudniejszy odcinek. To znaczy nie jest on trudny technicznie, tylko podejście jest solidne. Do góry robi się jakieś 700 metrów. Dla tego odcinka warto wcześniej pozbyć się zbędnych rzeczy na dole.
W bazie Racek (zdjęcie poniżej) można rozbić namiot albo spać w sali schroniskowej. My wybraliśmy wnętrze ze względu na ciepełko. Nie przewidzieliśmy jednak, że będą spali z nami Rosjanie, a Rosjanie jak to Rosjanie cicho w nocy nie byli… W bazie można też kupić coś ciepłego do jedzenia, jest picie, nawet alkohol. Tylko cholernie drogo jak na Kirgistan. Ciepły posiłek 800 somów, czyli 40 zł. Teoretycznie nie dużo w porównaniu do polskich schronisk, ale i tak mieliśmy liofizaty do zjedzenia.

Drugi dzień polega na tym, że wstaje się o 5, a po 6 idzie się na lekko na Utitela (ok. 4500 m. n. p. m.). Podejście jest męczące. Aby wejść na szczyt, potrzeba jakichś 5-5,5 h. Do tego zejście. Gdzieś od 3 godziny (jakieś 4000/4100 m. n.p.m) zaczyna się śnieg. Raki nie są potrzebne, ale warto mieć raczki. Ważne też jest, aby iść według kopczyków. One wskazują drogę. My tego nie wiedzieliśmy i kilka razy wybraliśmy suboptymalną ścieżkę. To znaczy zgubić się generalnie nie da, ale nie każda droga będzie równie łatwa lub trudna (idzie się generalnie po głazach).
Trzeciego dnia schodzi się na dół i jedzie się dalej. To jest minus tego trekkingu – że wraca się tą samą drogą. Tzn. my jeszcze drugiego dnia zeszliśmy do wodospadu, ale pod koniec byliśmy już cholernie zmęczeni.
Tak, generalnie mówi się, że jest to względnie prosty czterotysięcznik. I pewnie tak jest. Ale i tak nie jest to łatwy wyczyn i nam się szczytu nie udało zdobyć (gdzieś godzinę od szczytu, na jakichś 4300 m. spasowaliśmy, ze względu na brak tlenu u mnie), ale widoki i tak były przednie (vide: zdjęcia poniżej).

Złożyło się na to kilka rzeczy. Wymienię je tutaj, abyście nie popełnili podobnych błędów:
a) Brak butów na Vibramie – w konsekwencji ślizgałem się, co było męczące fizycznie, ale przede wszystkim psychicznie, bo się bałem zejścia późniejszego.
b) Niewyspanie spowodowane słabo przespaną nocą (Rosjanie) oraz generalnie tym, że to była nasza druga noc po nocnym locie do Ałmatów. Istotny błąd. Lepiej chyba jednak pojechać najpierw nad Ala-Kol albo spędzić dzień w Ałmatach, a najlepiej jakiś spacerek zrobić w pagórkach, aby się rozgrzać i zaaklimatyzować od razu
c) Trekking pierwszego dnia zaczęliśmy po obiedzie, w bazie byliśmy więc wieczorem, co niewiele czasu na aklimatyzacje zostawiało. Warto więcej czasu w bazie spędzić.
d) Zbyt szybkie tempo. Generalnie to był nasz pierwszy atak na tak wysoką górę i jakoś niepewnie się czuliśmy, a przez to nie chcieliśmy zostać na szarym końcu (z bazy kilkanaście osób wyruszyło). Czuliśmy się dobrze, więc szliśmy normalnie. A powinniśmy iść wolniej, bo na 4300 m. zaczęło brakować tlenu.
e) Chodzenie za kimś. Warto samemu wypatrywać kopczyków i iść jak najbliżej ich, my czasem, chyba z automatu, szliśmy po czyichś krokach. Błąd.

Posted in Kirgistan, trekking | Tagged , , , , , | 1 Comment

Kazachstan – informacje praktyczne

W poprzednim poście spisałem kilka informacji dla podróżujących po Kirgistanie. Dzisiaj biorę się za Kazachstan.

1. Wiza
Na szczęście nie potrzeba Polakom wizy do Kazachstanu.

2. Jak dojechać do Kazachstanu?
W grę wchodzi praktycznie tylko samolot od razu do Kazachstanu (może gdyby do Azerbejdżanu nie było wiz…). Z Wawy są bezpośrednie połączenia do Astany (pardon: Nursułtanu). Ale po co lecieć do Astany? Na południu jest chyba więcej ciekawych rzeczy, więc Ałmaty wydają się najsensowniejszym połączeniem, zwłaszcza że ceny biletów są podobne. My tak lecieliśmy za jakieś półtora kafla w dwie strony za osobę. Do sprawdzenia są linie rosyjskie (my lecieliśmy nimi, bo tak wyszło najtaniej z bagażem rejestrowanym), białoruskie oraz ukraińskie.

3. Jak się przemieszczać po Kazachstanie?
Niestety, nie licząc marszrutki z Ałmatów do Biszkeku, nie mieliśmy okazji wypróbować komunikacji zbiorowej. Tam, gdzie byliśmy, nie funkcjonowała po prostu komunikacja autobusowa (pod tym względem jest gorzej niż w Kirgistanie). Ale nie było żadnych problemów ze złapaniem autostopa. I często nawet bezpłatnego (mimo prób zapłaty), co potwierdza wyższy poziom zamożności w Kazachstanie w porównaniu do Kirgistanu.
Z lotniska do centrum Ałmat jeżdżą autobusy (trzeba kawałek dojść na przystanek od lotniska). Dojazd zajmuje jakieś trzy kwadranse/godzinę. W mieście jest też metro, przejazd kosztuje 80 tenge (80 groszy). Można też skorzystać z lokalnego ubera, czyli z Yandex, wtedy czas dojazdu na lotnisku skraca się do jakichś pół godziny.
Z Ałmat do Biszkeku marszrutki odjeżdżają z dworca Sayran. Autobus wywala ludzi przy granicy, którą trzeba przejść pieszo. Po drugiej strony ma teoretycznie czekać kolejny, ale my go nie znaleźliśmy i wzięliśmy po prostu odrębną marszrutkę z granicy do Biszkeku. Cała podróż zajmuje ok. 5 godzin. Ale czas przejazdu waha się istotnie, w zależności od sytuacji na granicy. Nam przejście zajęło prawie dwie godziny, bo była jakaś dzika kolejka.
Last but not least, wbrew temu co możecie usłyszeć albo przeczytać, wyjechanie (przyjechanie) z Kirgistanu przez przejście graniczne Karkara (to bliżej Karakolu, nie Biszkeku) nie nastręcza wielkich trudności. Nie musicie wykupywać zorganizowanej wycieczki za milion monet. To prawda, że marszrutek do samego przejścia nie ma, a ruch jest niewielki, ale jest to do zrobienia. My z Karakolu wzięliśmy marszrutkę do Tup (za jakieś 40 somów za osobę), a potem z Tupa stopa do Karkary (do rozwidlenia do granicy) za 200 somów za osobę. Jak już byliśmy niedaleko przejścia granicznego (kilka kilometrów trzeba iść od rozwidlenia) złapaliśmy darmowego stopa (Francuzi) do Kegenu już po kazachskiej stronie.

4. Noclegi
Z noclegami nie ma problemu. Super jest to, że najczęściej można wykupić też posiłki (czasem zawierają się już w cenie). W Satach spaliśmy w guesthousie Temirkhan (trzeba zejść z głównej ulicy i pójść kawałek w stronę ul. Auezova) – polecamy. Koszt to 10000 tenge za dwie noce w pokoju dwuosobowym plus dwa śniadania plus dwie kolacje. Gospodarze mili, a do dyspozycji gości jest nawet sauna 🙂
W Ałmatach spaliśmy na bogato w Lessor Centre Apartaments przy ul. Gogola (14000 tenge, czyli ok. 140 zł), bo w hostelach nie było miejsca (zresztą w Ałmatach siłą rzeczy będzie drożej). Takie Airbnb tylko że przez booking dot com, trzeba dać facetowi (mówi po angielsku) jakieś pół godziny, aby przyjechał z kluczami.

5. Ceny
Ceny są trochę wyższe niż w Kirgistanie, ale wciąż istotnie niższe w Polsce. Tzn. noclegi są droższe niż w Kirgistanie, ale jedzenie podobnie albo nawet tańsze. Jeden nocleg z dwoma posiłkami (kolacja i śniadanie) w Satach (baza wypadowa na jeziora Kolsai) kosztował 2500 tenge za osobę (5000 tenge za pokój dwuosobowy). Noc w mieszkaniu w Ałmatach 14000 tenge. Miejsce w pięcioosobowym jeepie nad jezioro Koindy 2000 tenge. Opłata za wejście do parku narodowego z jeziorami Kolsai 750 tenge za osobę (dodatkowo za auto się płaci). Obiad w Kegen dwuosobowy 1600 tenge. Wyżera w szaszłykarni w Ałmatach dla dwóch osób plus po dwa piwa 8000 tenge. Stop z Satów prawie do odbicia na Kanion Szaryński (4000 tenge za podwiezienie dwóch osób).

6. Komunikacja
Znajomość rosyjskiego bardzo się przydaje. Oczywiście, poradzicie sobie i bez niej, ale będzie to bardziej kłopotliwe i droższe…
W Kazachstanie, a zwłaszcza w Ałmatach, łatwiej już z angielskim (w porównaniu do Kirgistanu).

7. Jedzenie
Jeśli tylko ktoś lubi baraninę, to będzie mu się podobało. Warto pamiętać, że standardowo dania są bez surówek, więc jak ktoś lubi warzywa, to musi zamawiać dodatkowo „salad” (domyślnie pomidory z ogórkami). Fajne jest to, że czaj podawany jest na ogół w dużym dzbanku. Potraw jest sporo do wyboru: ryż z baraniną (pilaw), ziemniaki z baraniną (kurdak), makaron z baraniną (lagman), manty z baraniną… Chyba że ktoś ma szczęście i trafi na koninę 🙂
W Ałmatach polecamy szaszłykownię Na Pastera (Шашлычок На Пастера) przy ul. Mukagali Makataev 29. Trochę się czeka na szaszłyki, ale warto, są przepyszne. Zwłaszcza serca 🙂 I w dobrej cenie. Szaszłyk za 5-6 zł. Cała kolacja na bogato dla dwóch osób z kilkoma szaszłykami, kilkoma sałatkami, chlebem i czterema piwami zamknęła się w 80 zł.

Polecamy też restaurację Tyubeteyka (Тюбетейка), która serwuję kuchnię uzbecką. Znajduje się obok muzeum sztuki, przy ul. Satpaev 32/1. Trochę drożej niż w szaszłykarni, ale dobra knajpa.

8. Co warto zobaczyć?
Generalnie Kazachstan jest olbrzymi i nie będę udawał, że poznałem ten kraj. Byliśmy raptem w kilku miejscach na południu.
a) Ałmaty – spoko, ale za bardzo nie ma co robić. Typowe postsowiecki gorad, choć jest dużo zieleni i jest fajny widok na góry. Muzeum sztuki jest spoko, pozytywnie nas zaskoczyło.

b) Kanion Szaryński – jedna z głównych atrakcji kraju. Osobiście mnie trochę rozczarował, ale chyba wynika to z tego, że jest generalnie jedna ścieżka (dołem) i druga górą nad punkty widokowe. Kanion Skazka w Kirgistanie był bardziej otwarty na eksploracje. Dojechaliśmy z Satów na trzy stopy, wyjechaliśmy z niego też stopem. Aha, na końcu ścieżki jest knajpa z jedzeniem, wodą, a nawet zimnym piwem. Tak więc nie trzeba robić nie wiadomo jakich zapasów wody.

c) Jezioro Kaindy – zdecydowanie warto, ciekawy widok zatopionego lasu. Inni nocujący u naszego gospodarza w Satach zamówili już auto, my się podpięliśmy. Trzeba mieć uaza.

d) Jeziora Kolsai – warto, ładne widoki, ale przejście z I nad II jest jednak trochę męczące (jakieś 2,5 h) trzeba liczyć, a widokowo zbyt wiele się nie zyskuje. Być może lepszym pomysłem jest wynajem kajaka/łodzi/roweru wodnego i popływania po pierwszym.

e) Park Ałma-Atel – mieliśmy jeszcze dzień do odlotu, więc postanowiliśmy zobaczyć śpiewającą wydmę. Pech chciał, że akurat padało, co nastroiło negatywnie wydmę i ta nie śpiewała. Ogólnie ciekawe miejsce, ale trzeba wynająć auto w dyrekcji parku.

Posted in Kazachstan | Tagged , , , , , , , , | Leave a comment

Kirgistan – informacje praktyczne

1. Wiza
Na szczęście Polacy nie potrzebują wizy do Kirgistanu.

2. Jak dojechać do Kirgistanu?
Ze względu na takie drobiazgi jak Morze Kaspijskie oraz wizy do Azerbejdżanu w grę wchodzi praktycznie tylko samolot w bezpośrednie pobliże. Najtaniej wychodzi połączenie do Ałmaty (półtora kafla w dwie strony za osobę) i stamtąd marszrutka do Biszkeku.
My lecieliśmy przez Moskwę Aeoroflotem, ale są też połączenia przez Kijów oraz Białoruś. Białoruskimi lub ukraińskimi liniami lotniczymi może wyjść taniej, jeśli ktoś leci tylko z podręcznym, ale rosyjskie linie wygrały w konkursie dla plecakowców.
Można również rozważyć bezpośrednie połączenie z Wawy do Astany Lotem (ale wtedy trzeba cały Kazachstan jakoś przemierzyć) albo do Oszu na południu Kirgistanu, ale wydaje mi się, że Ałmaty póki co są najsensowniejsze.

3. Jak się przemieszczać po Kirgistanie?
Przemieszczanie po Kirgistanie nie przedstawia żadnych trudności. Praktycznie wszędzie da się dojechać marszrutką. Przykładowa opłata: bilet z Biszkeku do Kochkoru, czyli jakieś 200 km, kosztuje 350 somów, czyli mniej niż 20 zł. Jeśli nie ma marszrutki, to są współdzielone taksówki (taka marszrutka tylko że obsługiwana osobówką). Jeśli ich też nie ma, to śmiało można łapać stopa. Jest on płatny (i bardzo w sumie dobrze), więc ludzie chętnie zabierają. Stawki są trochę większe niż za marszrutkę, ale i tak wychodzi bardzo tanio. No i zawsze zostają taryfiarze – tylko trzeba ostro z nimi negocjować, bo na początku podają istotnie zawyżone stawki.
Z Biszkeku do Ala Archa marszurtka odjeżdża z bazaru Osz (jadą ok półtorej godziny do bram parku).
Natomiast marszrutki w stronę Karakolu z dworca zachodniego.
Z Biszkeku można do miasta Osz dostać się samolotem. Niestety, z Karakolu nie latało nic (a przynajmniej nie latem 2019 r.).

Jeśli chodzi o dojazd nad Song-Kol, to pierwszy raz od dawna wykupiliśmy ekskursję (dojazd tam i z powrotem, plus dwie noce plus dwa śniadania plus dwie kolacje dla dwóch osób) za 9000 somów w Shepherd’s Life. Chodzi o to, że droga wiedzie górami i aby tam wjechać ponoć trzeba mieć jakąś licencję. Możliwy jest dojazd samodzielny, ale taksisty chciały 3000 somów w jedną stronę, a było już późno i zależało nam, aby spędzić noc już nad jeziorem, a nie w Kochkorze (skąd wykupić najlepiej ekskursję). Transport w ramach ekskursji wyniósł 5000 tys. w dwie strony, więc dużo by się nie zaoszczędziło, jeśli w ogóle. Jedzie się ok. 2 godzin do jurtowisk.

Last but not least, wbrew temu co możecie usłyszeć albo przeczytać, wyjechanie (przyjechanie) z Kirgistanu przez przejście graniczne Karkara (to bliżej Karakolu, nie Biszkeku) nie nastręcza wielkich trudności i żadne jeepy nie są potrzebne. To prawda, że marszrutek do samego przejścia nie ma, a ruch jest niewielki, ale jest to do zrobienia. My z Karakolu wzięliśmy marszrutkę do Tup (za jakieś 40 somów za osobę), a potem z Tupa stopa do Karkary (do rozwidlenia do granicy) za 200 somów za osobę. Jak już byliśmy niedaleko przejścia granicznego (kilka kilometrów trzeba iść od rozwidlenia) złapaliśmy darmowego stopa (Francuzi) do Kegenu już po kazachskiej stronie.

4. Noclegi
Z noclegami też nie ma problemu. Mieliśmy zarezerwowany wyłącznie pierwszy nocleg w Biszkeku (Bed & Breakfast Bishkek, Ibraimova Street, pewnie da się tańsze znaleźć, ale ten był w ścisłym centrum i tuż obok sklepu turystycznego Red Fox, w którym chcieliśmy kupić kartusze z gazem oraz karimaty, co się udało), a potem załatwialiśmy wszystko na miejscu. Super jest to, że najczęściej można wykupić też posiłki (czasem zawierają się już w cenie). W Tosorze, czyli najbliższej miejscowości do Kanionu Skazka i nad Issyk-Kul, spaliśmy w Tosor B&B – polecamy. Za pokój dwuosobowy (z łazienką, WIFI) za dwie noce ze śniadaniami i kolacjami zapłaciliśmy ok. 2600 somów, czyli dość tanio.

5. Ceny
Ceny są istotnie niższe w Polsce. Nocleg za osobę 600-800 somów, ciepły posiłek z czajem 200-300 somów za osobę. Przechowanie bagażu w Karakolu – 100 somów za dzień. Pół litra kwasu chlebowego – 60 somów. Przejazd marszrutką 200 km – 350 somów za osobę. Opłata za wejście do Kanionu Skazka – 50 somów za osobę. Butelka za półlitrową butelkę wody mineralnej w kanionie Skazka – 50 somów. Wstęp za wejście do parku Ala Kol – 250 somów za osobę.

6. Komunikacja
Znajomość rosyjskiego bardzo się przydaje. Większość Kirgizów posługuje się rosyjskim, przynajmniej na poziomie komunikatywnym. Oczywiście, poradzicie sobie i bez rosyjskiego, ale będzie to bardziej kłopotliwe i droższe…

7. Jedzenie
Jeśli tylko ktoś lubi baraninę, to będzie mu się podobało. Warto pamiętać, że standardowo dania są bez surówek, więc jak ktoś lubi warzywa, to musi zamawiać dodatkowo „salad”, czyli najczęściej sałatkę z pomidorów i ogórków. Fajne jest to, że czaj podawany jest na ogół w dużym dzbanku. Najbardziej rozpowszechnioną i najbezpieczniejszą potrawą jest Kurdak, czyli baranina (wołowina/konina) z ziemniakami – i cebulą, oczywiście.
W Biszkeku byliśmy w zacnej pierogar… pardon, mantarni, gdzieś bodaj przy ul. Shopokova (na pewno na północ od głównej Chuy Avenue i gdzieś przy Ibraimova).

W Karakolu polecamy Cafe Zarina na głównej ulicy Toktogula, bo mają WiFi i spory wybór dobrych dań.

8. Co warto zobaczyć?
Generalnie do Kirgistanu nie przyjeżdża się, aby zwiedzać. Przyjeżdża się dla gór i trekkingu. Ze względu na brakoczas widzieliśmy tak naprawdę jedynie północnowschodnią, czyli najbardziej turystyczną, część kraju.
a) Biszkek – raczej nie warto zatrzymywać się na dłużej niż jeden dzień (kilka godzin). Typowe postradzieckie miasto. Główną atrakcję jest pomnik Lenina 😛

b) Ala Archa – tak, fajny park, blisko Biszkeku, można zdobyć Utitela (ok. 4500 m n.p.m.)

c) Songkol – tak, ale jeśli nie ktoś nie lubi jeździć konno, to dwie noce to jest maksimum, bo tam za bardzo czego robić to nie ma. Miły odpoczynek po trekkingu raczej. Jezioro super, tylko woda zimna 🙂

d) Issyk-Kul – tak, warto wpaść, pobyczyć się, zwłaszcza że woda znacznie cieplejsza niż nad Songkolem. Polecam Tosor, bo jest od razu blisko z niego do Kanionu Skazka.

e) Kanion Skazka – warto, niby niewielki kanion, a naprawdę robi wrażenie. Od głównej drogi idzie się kilkanaście minut tylko, na miejscu można u babuszki kupić wodę. Sporo ciekawych formacji i ścieżek, po których można hasać.

f) Jeti Oguz – można zrobić, ale jak się opuści, to się świat nie zawali. Ale formacje skalne fajne. Można to potraktować jako rozgrzewkę przed Ala Kolem. Można też tutaj zacząć trekking, ale to już wtedy wychodzą 4-5 dni.

g) Ala Kol – świetny trekking, super widoki z przełęczy Ala Ker na jezioro.

f) Karakol – dziura, ale dobra baza wypadowa na Ala Kol. Najzacniejszym zabytkiem jest sobór uwidoczniony na zdjęciu poniżej.

h) Osz – nie wiem, nie byliśmy. Ponoć Arslanbob jest ciekawy (największy na świecie las orzechowców), ale nie starczyło nam czasu.

Posted in Kirgistan | Tagged , , , , , , , , , | 1 Comment

Białoruś

91840021

Jako kryptofan hokeja, wybrałem się na Mistrzostwa Świata w tej jakże szlachetnej dyscyplinie sportu, które odbyły się w maju na Białorusi. Fakt, że z tego powodu niepotrzebne były wizy do tego kraju, nie miał żadnego znaczenia dla podjęcia decyzji o wyjeździe.

91840019

Białoruś mnie zaskoczyła. Nie dlatego, że było tam czysto, porządnie i spokojnie, czyli zgoła odmiennie niż na sąsiedniej Ukrainie, zwłaszcza obecnie (a która dla mnie stanowi uosobienie Wschodu, ale nie dalekiego, ani bliskiego, lecz takiego galicyjskiego, kłaniającego się kaszkietem), gdyż z tego zdawałem sobie doskonale sprawę.

91840016

Baćkoland zadziwił mnie swoją żubrowatością. Dla nieznających tego pojęcia, już wyjaśniam. Żubr to takie spore zwierze, raczej zblazowane i o niewyrafinowanych potrzebach. Główną jego rozrywką jest żucie trawy i okazjonalne mruczenie. I takie dokładnie wrażenie sprawiali Białorusini. Raczej rośli, mało rozmowni, niesamowicie spokojni. Raz jechaliśmy taksówką okoły godziny i w tym czasie kierowca nie odezwał się ani słowem, a przecież szoferzy taksówek to jedni z bardziej rozmownych ludzi na świecie.

91840028

Nie chcę powiedzieć, że jest to nudny kraj, ale takie sprawiał wrażenie. Przynajmniej w porównaniu do Mongolii rozbrzęczanej klaksonami, pekińskich hutongów tętniących życiem czy nawet pijanej Rosji lub marszrutkowej Ukrainy. Na Białorusi marszrutek było mało, i jakieś takie nietrąbiące. Ludzie raczej mrukliwi, w pociągach niegaworzący i oburzający się na zbyt ożywione rozmowy. Pijanych brak, choć to może dobrze, za to jeden wariat się trafił, który opanował niespotykaną sztukę transmutacji w Niemca. A przynajmniej tak twierdził.

91840034

Możliwe, że autochtoni postanowili po prostu przystosować się do otaczającego pejzażu, który feerii wrażeń nie zapewnia. Za oknem busików czy pociągów dominują głównie lasy (33 proc. kraju), co zapewne ma pewien wpływ na monotonię wrażeń.

91850002

Być może przesadzam, ostatecznie to nie jest tak, że Polacy są tacy zabawowi i co chwila jest moc atrakcji. Niemniej nad Wisłą unosi się taka mgiełka ułańskości i co jakiś czas rzeczywistość zaskakuje. Nie Białorusi po prostu jest jak jest. Baćka powiedział, że tak powinno być, to tak jest i tyle.

91850003

Przyznam się, że ma to pewien urok. Dobrze jest sobie pomilczeć, zwłaszcza nad magnetyczną Świtezią. Ja w ogóle lubię słowiańską melancholię, a wszystkich zabawowych i roześmianych głupkowato ludzi (studenctwo, południowców w stylu hiszpańskich) bym kierował do przymusowych obozów reedukacji. Na przykład w Berezie Kartuskiej. I niech czytają Szołochowa o wojnie i bobakach.

91850009

W sensie jest spokojnie, nie ma tego idiotycznego “small talku”. Ale chyba na Białorusi posunęli to za bardzo, zbliżając się niebezpiecznie do modelu skandynawskiego. Znów wychodzi na to, że Polska jest krajem idealnie zbilansowanym, jednak nie na zasadzie zgniłego kompromisu, lecz jest po chestertonowsku areną ścierających się idei i natur. Polak dogada się i z ruskimi, i z niemiaszkami. I ze Skandynawami, i z Hiszpanami.

91850024

Ale znów odbiegłem od tematu, czyli od specyfiki Białorusi. Trochę czuję się w nieporządku, formułując takie sądy po zaledwie kilkudniowym pobycie, ale na moje odczucia nic nie poradzę. Być może na taki, a nie inny odbiór postrzegania Baćkolandu wpłynęło to, że – nie licząc Nowogródka – wędrowałem jedynie po większych miastach (Brześć, Pińsk, Homel, Mohylew, Mińsk, Grodno), co wynikało z braku auta z mojej strony oraz braku gór, a więc idealnego miejsca na piesze wycieczki i poznawanie także mniejszych miejscowości.

91860026

Nie znaczy to, że mi się nie podobało, ale na razie raczej zaspokoiłem mój głód poznania kraju, w którym wciąż większość PKB wypracowuje sektor państwowy (co, poza nadto rozbudowanym sektorem oczyszczania komunalnego, specjalnie nie rzuca się w oczy, bo i jak?). Podobnie nie planuję wrócić na Litwę, Łotwę i Estonię – możliwe, że jestem po prostu uprzedzony do krajów bezgórskich. Do Armenii czy Gruzji z chęcią bowiem zawsze zawitam.

Posted in Białoruś, Wschód | Tagged , | 1 Comment

Vivian Maier

Zanim napiszę relację z wyprawy na Białoruś, pragnę napisać kilka słów o postaci, która mnie od kilku tygodni fascynuje.

VM19XXW04205-01-MC

Vivian Maier zrobiła ostatnio niemałe zamieszanie w fotograficznym światku (przy okazji polecam film “Szukając Vivian Maier“). Okazało się bowiem, że jej zdjęcia, kupione przypadkiem na wyprzedaży garażowej, dorównują poziomem elicie fotografii ulicznej, z Carier-Bressonem na czele. Na pozór nic w tym nadzwyczajnego, kolejny artysta dołączył do panteonu gwiazd. Należy jednak zdać sobie sprawę, że świat fotografii zdominowany jest przez mężczyzn, a kobiety pstrykające światowej klasy zdjęcia można policzyć na palcach obu dłoni (Abbott, Arbus, Cameron, Cunningham, Lange, Leibovitz, White).

May 5, 1955. New York, NY

Co więcej, jej zdjęcia są doskonałe nie tylko w czerni i bieli, ale i w kolorze. Nie wszystkim udaje się zachować poziom w obu tych technikach. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że tylko nielicznym.

VM1975K05679-03-MC

Ale to nie wszystko. Prace Maier zostały okrzyknięte wspaniałymi dopiero po jej śmierci. I teoretycznie w tym nie ma nic nadzwyczajnego. Historia zna wiele przypadków artystów, którzy stali się sławni dopiero po śmierci. Na ogół jednak starali się oni pokazać światu już za życia, często jednak ich geniusz wyprzedzał epokę. Inaczej ma się rzecz w przypadku Vivian: wszystkie swoje zdjęcia robiła do przysłowiowej szuflady, a właściwie pudełka. Odkryto 100 tysięcy negatywów, których Maier nikomu nie pokazywała. Nie zrobiła z nich też ani jednej odbitki. Do tego kilka tysięcy negatywów nigdy nie zostało wywołanych (!).

Undated, Canada

To jest właśnie w tym niezwykłe. W każdym artyście drzemie bowiem pierwiastek ekshibicjonizmu, grzech próżności. Pragnie on pokazywać swoje dzieła, chwalić się nimi. Nawet ja, niedzielny fotograf, mam nieodparte pragnienie skanowania negatywów i pokazywania ich w Internecie, robienia odbitek i oglądania ich ze znajomymi czy wręczania wybranym osobom fotografii w podarku. I chodzi mi nie tyle o obnoszenie się z moją artystycznością, bo niewieloma grupami społecznymi pogardzam bardziej niż, pożal się Boże, “artystami”, ale raczej o niespotykaną możliwością oglądania czy wręczania zatrzymanych w kadrze ułamków rzeczywistości.

Emmett Kelly as the clown figure "Weary Willie", Undated

Ale odbiegłem od tematu. Maier nikomu nie pokazywała swoich zdjęć. I jeszcze to można by było jakoś wytłumaczyć, stwierdzając, że może nie była świadoma ich kunsztu albo że była porąbanym odludkiem. Niestety, równanie nie pasuje, bo zachowała się korespondencja Vivian, która jasno dowodzi, że znała wartość swoich zdjęć.

January, 1953, New York, NY

Jeśli chodzi zaś o socjopatię, to i tutaj puzzle nie pasują, bo Maier pracowała przez 40 lat jako… niania. Co prawda miała swoje odchyły w postaci zabierania dzieci na spacery do rzeźni czy siłowego wpychania im jedzenia do buzi, niemniej musiała odnajdować się w tym zawodzie, jeśli z jedną rodziną żyła kilkanaście lat, a gdy popadła w tarapaty finansowe, jej dawni podopieczni kupili jej mieszkanie i opłacali czynsz.

April 19, 1971. Chicago, IL

I to sprawia, że postać Maier staje się jeszcze bardziej fascynująca i może tłumaczyć, dlaczego establishment raczej z niechęcią powitał wejścia Vivian na wystawy. Najsłynniejsi fotografowie byli bowiem fotografami zawodowymi, żyjącymi z robienia zdjęć. Nawet jeśli nie mieli wykształcenia stricte fotograficznego, to często mieli coś wspólnego ze sztuką (Carier-Bresson studiował malarstwo, Adams był pianistą). Tymczasem Vivian robiła zdjęcia głównie podczas spacerów ze swoimi podopiecznymi. Zakładała swój słomkowy kapelusz oraz wyjściową sukienkę i wychodziła przejść się z dziećmi. Po drodze robiła, niejako przy okazji, kilkanaście – kilkadziesiąt ujęć swoim Rolleiflexem i wracała do domu, nikomu nie pokazując wywołanych później negatywów ze spaceru.

Undated, New York, NY

W jej rzeczach nie tylko nie znaleziono żadnej odbitki, ale także jakiegokolwiek albumu fotograficznego. Była totalnym amatorem, co zmusza do przemyślenia pojęć “fotografia zawodowa” oraz “fotografia amatorska” i pokazuje, że dzięki postępowi technicznemu obecnie (Vivian fotografowała głównie w latach 50. i 60. ubiegłego wieku, a dziś jest pod tym względem tylko lepiej) każdy może robić zdjęcia. Ciekawe, ile jeszcze takich nieodkrytych talentów skrywają pudła po butach oraz dyski twarde?

VM1953W00034-03-MC

Może za bardzo rozpisałem się o tej historii – w końcu zdjęcia powinny bronić się same – ale jest coś w niej niesamowitego. Podsumujmy. Zdjęcia pewnej niani zostają kupione przypadkiem podczas aukcji bibelotów już po jej śmierci i okazują się mistrzowskimi kompozycji. Autorka zawsze ma aparat przy sobie (nawet u fryzjera!) i jest świadoma swej klasy, ale nie wykonuje odbitek swoich zdjęć, a negatywów nikomu nie pokazuje. Chodzi na spacery z dziećmi w tym swoim śmiesznym kapeluszu i tylko niejako przy okazji pstryka z biodra kilka autoportretów oraz trochę genialnych ujęć innych.

VM1978K05254-23-MC

W jej zdjęciach widać dużą wrażliwość, wyczulenie na detale, umiłowanie odmienności (trochę jak Arbus), ale także erwittowskie poczucie humoru. I choć najczęściej chodziła do slumsów (ku zgrozie rodziców swoich podopiecznych) i fotografowała biednych, to jednak nie są to zdjęcia, które na modłę polskiej szkoły filmowej “krzyczałyby tysiącem emocji”. Nie jest to sztuka zaangażowana, lecz po prostu życzliwa obserwacja i dokumentacja ludzkiej egzystencji, choć czasem – częściowo za sprawą kadrowania z dołu (poniższy portret mężczyzny w płaszczu) – sprawia wrażenie nieco odrealnionej (zdjęcie faceta na koniu). Fotografie są na tyle ciekawe, że nie przeszkadza mi nawet kadrowanie w kwadracie, które według co bardziej złośliwych jednostek stosują ludzie niepotrafiący się zdecydować na pion albo poziom.

Vivian-Maier-2

doc-7

September 18, 1962

Zamieszczone fotografie pochodzą z tej strony.

Posted in Refleksje o fotografowaniu | Tagged , , , , , , , , , , , , | Leave a comment