Ormianie na poważnie

Sporo osób pyta mnie, jacy są Ormianie. Pytanie to jest równie inteligentne, co dręczenie Hugo-Badera o to, jaka jest rosyjska dusza. Bo ja nie mam pojęcia – bo niby skąd? Owszem, mogę powiedzieć, że są gościnni i nie noszą krótkich spodenek, bo to dorosłym mężczyznom nie przystoi, ale to przecież niczego nie mówi. Gościnność i uprzejmość (a i zapewne niechęć do pokazywania dolnych partii nóg) to cecha bodaj wszystkich narodów kaukaskich. Wszystkich jakichś stu. Nic specjalnego zatem.
Wiem tylko, że ich jakoś lubię, znacznie bardziej niż krzykliwych Gruzinów. Bo ta gościnność Ormian nie jest taka głośna, z przytupem. Nie pachnie kolejnym dzbanem wina, nie rozbrzmiewa następnym patetycznym toastem. Jest cichsza, spokojniejsza. Bardziej mi przez to odpowiadająca. W ogóle Ormianie są raczej spokojni, nie że tacy flegmatyczni i dystyngowani jak angielska arystokracja, choć noszą obowiązkowe koszule. Znaczy: eleganccy są jednak. Choć nie tak bogaci jak ich sąsiedzi z Azerbejdżanu czy nawet Gruzji.
Czasem myślę sobie, że to przez ludobójstwo. Że stali się z tego powodu wyciszeni, trochę zdystansowani, niefolgujący sobie tak bardzo; nie będą biegać za piłką, tylko w cieniu sobie w szachy pograją, pomalutku, spokojnie. Oczywiście nie mam pojęcia, czy to miało jakieś znaczenie, ale rzeź połowy swojego narodu nie mogła nie zostawić pewnych śladów na mentalnej strukturze narodu.
Dlatego wkurza mnie ogromnie, jak ktoś mówi, że Ormianie są nieznośnymi nacjonalistami. Abstrahując od tego, że na Kaukazie wszyscy są nieznośnymi nacjonalistami, Ormian akurat mogę trochę zrozumieć. Oni się po prostu boją, bo wciśnięci są między potężną Turcją a coraz szybciej bogacący się dzięki ropie Azerbejdżan. Stracili ogromne tereny w Anatolii na rzecz Turcji, zaś Nachiczewan na rzecz Azerbejdżanu. Dlatego tak zaciekle walczyli o Karabach, idiotyczny skrawek ziemi o znikomym znaczeniu gospodarczym. Nie chodzi tutaj o to, że to historycznie ich ziemie, bo tutaj na Zakaukaziu losy różnych narodów są tak poplątane, że węzeł gordyjski przy tym to szarada dobra dla opóźnionego kilkulatka, i nie jest to pewnie takie oczywiste i proste, jakby sami chcieli, ale o to, że kiedyś po prostu sobie powiedzieli, że nie dadzą się znowu tak paskudnie podejść i potulnie zaprowadzić na rzeź jak w 1915 r.
Boją się i dlatego w Giumri bazę wojskową Rosjanom pozwolili założyć od Turcji ich mającą strzec, chłopców na dwa lata do wojska biorą i po górach Karabachu ganiają. Teraz tam co ósmy mieszkaniec to żołnierz. Jeszcze nie jak w Izraelu, ale być może już niedługo.
Lubię ich, bo są nieskomplikowani, niewiele potrzebujący, potrafiący się cieszyć prostymi rzeczami. Nie są to Francuzi, ślimaków z truflami wtranżalać nie muszą. Szaszłyk barani, szczelnie w lawasza zawinięty, i cebula im wystarczają. Koniaczek czasem lub wódeczka, albo wino się jeszcze trafi. Wieży Eiffla może nie mają – ale po co, jak monastery są? Tylko monastery, co prawda, ale takich nigdzie nie ma na świecie, a i więcej przecież nie trzeba. Po cóż im więcej, i tak są najlepsi, bo chrześcijaństwo u nich najpierwej wprowadzono, a Noe, jak i Leonardo da Vinci oraz Beatlesi, był Ormianinem (kompleks zaścianka typowy dla całego Kaukazu – vide: Dobre miejsce do umierania Wojciecha Jagielskiego).
Lubię ich, bo choć spokojni, nie znaczy, że są apatyczni czy bierni, i czasem postanawiają zatrzymać auto i sobie po prostu potańczyć, gdzieś pośrodku niczego. Bawić się potrafią, i w tej zabawie są bardzo radośni. Może rację miał Chesterton, pisząc, że “radość, która dla pogan stanowiła rzecz niewielką i jawną, jest największą tajemnicą chrześcijan”.

Nie wiem, może po prostu czuję sympatię, bo byli gnębieni straszliwie, a oni wciąż tu są, wciąż w koszuli, a więc godnie, i z krzyżem na piersiach, a więc wiernie. Wciąż tu tkwią, jak chaczkar z początków tysiąclecia, choć klimat podzwrotnikowy suchy, a sąsiedzi zawsze agresywni.
Oczywiście bywa to denerwujące – to, że są najlepsi, że Tbilisi i Baku to oni zbudowali. Że Gruzja, owszem, ładna, ale u nich jednak ładniej. Najładniej. Albo co chwila się zatrzymują po drodze marszrutką gdzieś, a to, by kupić pomidory, bo tu tańsze, a to by coś wziąć, zostawić, komuś przekazać, a to pogadać ze znajomym (czasem mam wrażenie, że oni wszyscy się znają w tym niewielkim kraju). Albo wykłady, dlaczego morela to narodowy owoc Armenii (po łacinie morela to “śliwa ormiańska”), u nich najpierwej na świecie uprawiana, i dlaczego nigdzie indziej nie ma takich słodkich fruktów jak u nich. (Ale, znowu, tak jest na całym Kaukazie – pewien Gruziński taksówkarz był przekonany, że Tbilisi to najpiękniejsze miasto na całym Kaukazie, jeśli nie na świecie, znacznie ciekawsze niż Erywań czy Baku. Oczywiście, nigdy nie był w żadnym z tych dwóch miast).
Najgorsi są jednak młodzi, którzy pałają nienawiścią do Azerów. Bo starsi, ci z którymi w Karabachu rozmawiałem, to mówili tylko, że to bardzo smutne, bo oni tu od dawna razem mieszkają i że wojna nikomu nie jest potrzebna i że oni nie chcieli, ale tamci na nich napadli. Nienawiści tam nie było, choć to świadkowie bezpośredni, ale jeszcze przez rządową maszynę propagandową nie przeciągnięci.
Ale taki jest cały Kaukaz: nieśpieszny, zaściankowy, skonfliktowany.

DSC_0657

Advertisements
This entry was posted in Armenia and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

3 Responses to Ormianie na poważnie

  1. Pingback: Dlaczego wolę Armenię od Gruzji? | turadioerewan

  2. Ja says:

    Dobry miernik poziomu kultury mówić o narodzie-są denerwujący. To nie twoja sąsiadka, tylko naród. “Oczywiście taksówkarz nie był anie w Baku ani w Erewaniu”-kochany, taksówkarze z Tbilisi bywają i w jednym i w drugim mieście raz na miesiąc minimum.

    Poziom odwiedzającego mówi sam za siebie.

    • arkazy says:

      1. Nie rozumiem zarzutów, wydaje mi się, iż treści postaw ewidentnie wynika, iż sympatyzuję z Ormianami, mimo iż czasem bywają denerwujący. Co ma to do poziomu kultury, że ktoś kogoś czasem denerwuje, to doprawdy nie wiem.

      2. “kochany, taksówkarze z Tbilisi bywają i w jednym i w drugim mieście raz na miesiąc minimum.” – tak się składa, że tego taksówkarza spytałem się o to, czy był w Baku lub Erywaniu – i odparł, że nie.

      PS. Myślę, że dobrym miernikiem poziomu kultury może być używanie (bądź nie) zwrotu “kochany” do nieznanego sobie rozmówcy.

      Pozdrawiam

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s